Travel/news

Back Back
Date: 24.10.2018

Polacy w Gruzji: Magdalena Konik zakochana w Tuszeti

- Może nie być prądu, gazu czy ciepłej wody, a i tak będę się cieszyć, że budzę się tu każdego ranka – mówi Magdalena Konik, Polka mieszkająca w Gruzji, fotograf, wielbicielka koni, pilot wycieczek. - Doceniam, że zostałam przyjęta i dopuszczona do życia z tymi ludźmi. Kocham to miejsce.

 

Polacy w Gruzji.
Magdalena Konik przeszła z pasterzami w Tuszeti, jednym z najdzikszych regionów Kaukazu, tradycyjną drogę przez góry. Za dokument opowiadający o pasterskim życiu dostała na Festiwalu Kolosy za 2017 rok wyróżnienie w kategorii podróże. Od ponad trzech lat mieszka i pracuje w Gruzji. Dokumentuje pasterskie życie, lokalne obyczaje i nie ukrywa, że jest w tym kraju i jego mieszkańcach zakochana. Jej niesamowite zdjęcia ukazują się m.in. w gruzińskim i polskim wydaniu National Geographic, zdobywają liczne nagrody i zachwycają. Jej marzenia sięgają także poza Gruzję – do Maroka, czy Argentyny. Na łamach Flesz Cambridge opowiada o fascynacji Gruzją i spełnianiu marzeń.

 

Skąd pomysł na Gruzję i przejście z pasterzami przez góry, jak by nie było, w najdzikszej części Kaukazu?

 

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Tuszetię, byłam pod wrażeniem - przyrody, widoków i ludzi. Imponowało mi ich przywiązanie do miejsca, duma z pochodzenia oraz wciąż żywe tradycje. Potem był krótki materiał o pasterzach z Tuszeti i pierwsza publikacja w gruzińskiej gazecie. Temat mnie mocno zaciekawił i wiedziałam, że chcę dowiedzieć się jak najwięcej. Ale górskie społeczności, zwłaszcza tak odcięte od reszty kraju, są dość hermetyczne i nie łatwo w nie wejść. Musiałam zdobyć ich zaufanie, okazać, że zależy mi na ich poznaniu i akceptacji. Interesowało mnie życie pasterzy, zaczęłam pytać i szukać możliwości wyruszenia w góry. Wiele osób jednak śmiało się z pomysłu, ponieważ utożsamiali Europejkę z marudą z miasta, która nic nie umie, nie wytrzyma kondycyjnie drogi i ciągle będzie narzekać.


Udało się, przeszłam z pasterzami do Omalo. Weszłam do społeczności dzięki rodzinie pasterzy, z którymi przyszłam, zyskałam szacunek w wiosce i mogłam zacząć poznawać ludzi z pozycji członka rodziny, do której zostałam przyjęta. W ten sposób również oni odpowiadali za zapoznanie mnie z tradycjami, poznanie z innymi, a ze strony wsi za wszystkie moje błędy wynikające z różnic kulturowych. Przejście drogi do Tuszsti, czy późniejsze przejechanie jej konno ze stadem, nie jest wyczynem sportowym. Nie chciałam sobie nic udowadniać. Było po to, by zyskać szacunek w regionie, który miał pomóc mi w dalszej pracy przy dokumentowaniu życia i tradycji. 

 

 

Co w tej podróży było najtrudniejsze, co przyniosło najwięcej  satysfakcji?

 

Kiedy doszłam do przełęczy, byłam pewna, że najgorsze jest za mną. Najgorsze jednak było zejście o ośnieżonym zboczu, gdzie nie było nawet zarysów drogi. Bałam się, bo było dość stromo, a jednocześnie obiecałam nie opóźniać. Udało się wygrać z lękiem. Na pewno na długo zapamiętam moment, kiedy niedaleko obozowiska mój koń poślizgnął się na śniegu i zsuną się ze skarpy. Wyszliśmy jednak z tego oboje bez draśnięcia. Kiedy dotarliśmy do Omalo, byłam wykończona. Pamiętam, jak ktoś mnie zapytał, czy wybieram się z pasterzami w drogę powrotną na jesień i odpowiedziałam, że żadna siła mnie nie zaciągnie. Po trzech dniach odpoczynku stwierdziłam, że pojadę. Największą satysfakcją było spotkanie z pewnym człowiekiem, który stwierdził, że przejściem z pasterzami pokazałam mieszkańcom, że mi zależy. I jeśli tylko może mi w czymś pomóc, to mogę na niego liczyć.

 

Czy po takim doświadczeniu czuje się Pani bliżej Gruzinów?

 

Kilka stresowych, niebezpiecznych, ale też pięknych chwil w górach, sprawiło, że rodzina pasterska, z którą byłam związana zwyczajowo, stała mi się bardzo bliska. Życie z nimi nie zawsze było sielanką i nie zawsze zgodne były z moim charakterem, pracą czy przekonaniami, ale wiedziałam, że jestem w tym miejscu, by poznać mieszkańców, a nie narzucać swój model myślenia. Zmieniło moje podejście do wielu spraw, do życia z ludźmi, relacji, szacunku do innych, nienarzucania swoich oczekiwań. Kocham to miejsce. Może nie być prądu, gazu czy ciepłej wody, a i tak będę się cieszyć, że budzę się tu każdego ranka. Doceniam też, że zostałam przyjęta i dopuszczona do przeżywania z nimi świąt, ślubów, urodzin, a nawet pogrzebu. To zbliża.

Jest wiele zasad, które mnie obowiązują, zakazów, które przestrzegam z szacunku dla ludzi. Ludzie mieszkający w Tuszeti są specyficzni. Podziwiam ich tradycje, choć to właśnie one ograniczają, a ich nierozumienie czasem może wyprowadzić z równowagi. Ale zawsze jest rozmowa i próba wytłumaczenia, bo obu stronom zależy. Miłość do Tuszeti ma wiele zobowiązań, nie jest łatwa, a jednocześnie daje wiele satysfakcji i dobra od ludzi.

Jeśli chodzi o pozostałą część Gruzji, już tej bliskości nie ma. Może przez stereotypy myślenia o Europejkach i gruzińskich macho, może przez szybką chęć zarobku bez planowania w miejscowościach przeżywających turystyczną hossę, może przez natłok turystów szukających gruzińskiej gościnności na wycieczkach autokarowych, a może przez wielkie oczekiwania wszystkich i rozczarowania  - od samych Gruzinów zamkniętych w dumie nad swoją historią i wyjątkowością, próbujących otwierać się na oczekiwania Europy, przez gości tworzących sobie obraz kraju, zanim do niego przyjadą, do inwestorów szukających określonych rozwiązań w zachodnim standardzie w kraju, który dopiero ,,uczy" się zachodniej mentalności. 

Jestem typem zadaniowca. Jeśli pojawia się problem, chcę go od razu rozwiązać. W Gruzji to jednak często nie działa. Do mnie jednak należy wybór, czy będę negować kraj, bo mam inne oczekiwania, czy zaakceptuje go takim, jakim jest. 

 

Czy Gruzja to właśnie ten kraj, o którym chce Pani mówić: to moje miejsce?

 

Całe życie marzyłam, by mieszkać w Hiszpanii. Nawet naukę języka, który okazał się nie taki trudny, traktowałam jako potwierdzenie tego, że tam w końcu wyląduję. A zamieszkałam w kraju z językiem niepodobnym do żadnego, jaki znam, poza UE, gdzie poznaję życie z całkiem innej strony. Przywiodła mnie tu ciekawość, ponieważ chciałam zobaczyć i sfotografować konflikt między islamem a chrześcijaństwem (prawosławie). Zwiedzanie Gruzji rozpoczęłam od poznania mieszkańców Adżarii. Obraz medialny, z jakim przyjechałam, okazał się nieprawdziwy, to skłoniło mnie do szukania dalej. A kiedy poznałam Tuszetię… To miejsce jest dla mnie wyjątkowe przez relacje, różnice kulturowe. Ograniczenia rozwijają. Zależało mi na sfotografowaniu tradycji, zanim je poznałam, dopiero żyjąc z ludźmi, od nich dowiaduję się co jest dla nich ważne... bo to ich kultura jest zagrożona i musi być utrwalona.

 

 

Skąd wynika fascynacja Polaków Gruzją?

 

Pomijając podobne punkty w historii Polski i Gruzji, wiele osób odnajduje tu emocje, smaki, relacje ludzkie, jakie pamiętają z dzieciństwa, czy ogólnie przeszłości. Innych przyciąga wino, spektakularne, górskie widoki, pamiątki przeszłości czy też coraz mniej, ale niższe ceny. Na pewno po szale turystycznym minionych dwóch dekad szukamy jako naród nowego kierunku, który będzie blisko, a jednocześnie nie będzie oklepany turystycznie, więc Gruzja z ,,tanimi lotami" idealnie się w to wpisuje.

 

Jak długo Pani mieszka w Gruzji i jak wygląda Pani codzienne życie?

 

Nie mieszkam długo, w lipcu minęły trzy lata, a w tym czasie kilka razy się przeprowadzałam. W Tuszeti jestem drugi sezon. Współpracując z Parkiem Narodowym Tuszeti mieszkałam w użyczonym przez administrację pokoju, wykonywałam zdjęcia dla Parku oraz do mojego projektu, poznawałam ludzi, przeprowadzałam wiele wywiadów, doskonaliłam umiejętności jeździeckie, poznawałam szlaki i pracowałam jako przewodnik po regionie.

 

Czytałam plany na 2018, czy udało się je zrealizować?

 

Z planów z ciężkim sercem musiałam zrezygnować z Kirgistanu, a zaraz potem dostałam zaproszenie tam na przyszły rok. Miałam doskonalić się w jeździe konnej, a tymczasem zyskałam partnera w nauce - energicznego i niezwykle mądrego wałacha, dzięki któremu mogę pracować w terenie, ale też oddać się szaleństwom w wolnym czasie. Przełamałam kolejne lęki i nabrałam doświadczenia w górach.

Moje plany i marzenia to przede wszystkim nauka czegoś nowego lub pokonywanie lęków. Skoro marzę o konnym przemierzeniu Andów czy Kirgistanu, muszę się do tego przygotować, nauczyć się wielu rzeczy, by kiedy przyjdzie odpowiedni czas, być przygotowanym merytorycznie i oddać się radości z przeżywania chwili. Wiele marzeń przestało być moimi planami, bo realizując swoją ścieżkę po prostu do niej przestawały pasować.

 

Kolejne plany fotograficzne także wiążą się z Gruzją?

 

Mój projekt w Tuszeti dobiegł końca. Teraz czeka mnie wiele pracy w złożeniu tego w całość, by zrozumiale przekazać treść. Ale mam już kolejne pomysły, niektóre związane z Gruzją, a inne z dalszymi krajami. Każdy z nich oznacza jednak kilka miesięcy pracy, więc przez zimę muszę skupić się na finansach, by móc od wczesnej wiosny zacząć pracę nad zupełnie nowym tematem.

 

A co w przyszłym roku?

 

Zdecydowanie przyszły rok będzie intensywniejszy w podróżach. W planie Maroko, Kirgistan i może powrót do Ameryki Łacińskiej. Wiosna i lato jednak zdecydowanie w Gruzji

 

Pisze Pani: uważaj o czym marzysz, bo się spełni? Marzenia mogą przerażać?

 

Ktoś kiedyś powiedział, że jeżeli twoje marzenia Cię nie przerażają, to nie są warte marzenia. Marzenia sprawiają, że droga dojścia do nich zmienia nasze życie, dorastamy, uczymy się nowych rzeczy, czasem innego spojrzenia. Podążanie za marzeniami rozwija. Kiedy po konnym wypadku przez 12 lat bałam się koni, a jednocześnie brakowało mi ich jak powietrza, wiedziałam, że muszę pokonać samą siebie. Że muszę poznać przyczynę wypadku, poprawić luki w nauce, wrócić do jeździectwa, bo przecież marzyłam o tym, by moje życie było związane z końmi.

Ponieważ cele mają być konkretne, chciałam spełnić marzenie, by poznać Gauchos w Argentynie, by razem z nimi zapędzić stado przez góry. Wróciłam do sprawności fizycznej, wróciłam na konie, pokonałam paniczny lęk, poleciałam do Argentyny i... wszystko minęło się z obrazem, jaki sobie wymyśliłam. Niecały rok później, podszkolona przez pasterzy z Kaukazu, zaganiałam z nimi stado koni przez najpiękniejsze dla mnie góry, bo najbliższe memu sercu. Czasem trzeba się więcej nauczyć, albo dorosnąć, bo to, że marzenie się nie spełnia teraz, wcale nie znaczy, że nie spełni się w lepszym miejscu i czasie, kiedy będziemy bardziej przygotowani.

 

Jaka jest Pani filozofia życiowa. Co powiedziałaby Pani o osobach, które pragną, a nie robią?

 

Staram się nie oceniać, nie analizować za mocno. Czasem wychodzi różnie. Jeśli coś mi się nie udaje, po chwilowym kryzysie podejmuję kolejny raz rękawicę, bo czasem udaje mi się realizować cele nie dlatego, że jestem najlepsza w czymś, ale pokazuję, że mi zależy. Naiwnie wierzę, że każde nieporozumienie można wyjaśnić, ważne, by próbować rozmawiać. Bez zbyt wielkich emocji. Nie raz dostało mi się za tak naiwne podejście, ale z uporem maniaka przy nim zostaję.
Jeśli miałabym komukolwiek coś radzić, to tylko, by zawsze podejmować wyzwanie. Niewykorzystana szansa będzie się boleśnie przypominała, a jeśli spróbujemy, możemy zyskać lub stracić, ale zawsze się czegoś nauczymy, co może nam się przydać przy większym marzeniu.

 

Fot. Magdalena Konik